Zabawa z dzieckiem – czy powinniśmy „dać” dziecku wygrać?

Autor: Wanda Urmańska

Któż z nas umie przegrywać? Można powiedzieć, że tej niełatwej sztuki uczymy się całe życie. Ta umiejętność decyduje, w pewnym sensie, o naszej dojrzałości.

Kiedy pytam rodziców czy bawią się ze swoimi dziećmi, często słyszę, że nie mają czasu na zabawę lub nie potrafią się bawić. Na szczęście, coraz częściej słyszę też jak np. młody ojciec mówi przez telefon, że teraz nie ma czasu na spotkanie, bo „floruję z synem” (z ang. „flooring time” – czas spędzany z dzieckiem na podłodze). To ważny czas, kiedy próbujemy spojrzeć na świat z perspektywy dziecka i jesteśmy do jego dyspozycji.

Zabawę jesteśmy skłonni traktować, jako działanie charakterystyczne dla dzieciństwa, najczęściej niepoważne i ulotne. Pełniące co prawda istotne funkcje w rozwoju dziecka, ważny obszar jego aktywności, ale nie ten „prawdziwy” i nie tak ważny, jak nauka czy praca. A przecież doświadczenia dzieciństwa potrafią rzutować, na całe nasze życie, w bardzo znaczący sposób.
Dzięki zabawie dziecko w swoim tempie przekracza granice tego, co jeszcze dziecięce i tego, co już dorosłe. Gromadzi różne doświadczenia, próbuje i tworzy. Angażuje się z wysiłkiem i przyjemnością, całym sobą przeżywając wzloty i upadki, sukcesy i porażki. Uważny dorosły potrafi na bieżąco wykorzystać siły rozwojowe tkwiące w zabawie. Zarówno w stosunku do dziecka jak i samego siebie. Bawiąc się z dzieckiem, mamy niepowtarzalną okazję przejść po raz kolejny, z pewnym dystansem etapy rozwojowe. Mamy też szansę spojrzeć na siebie z „przymrużeniem oka”. Dostrzec to, co wymaga poprawy czy ucieszyć się tym, co przeżywamy tu i teraz, naszym „wewnętrznym dzieckiem” i lepiej poznać własne. Jeśli zabawa jest grą, to jest to świetna okazja aby potrenować umiejętność przegrywania, która jest trudna nawet dla niektórych dorosłych.

Któż z nas umie przegrywać? Można powiedzieć, że tej niełatwej sztuki uczymy się całe życie. Ta umiejętność decyduje, w pewnym sensie, o naszej dojrzałości. Jednocześnie patrząc z perspektywy osób dorosłych, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że to właśnie dzięki porażkom wiele się uczymy. Dobrze przeżyta porażka mobilizuje nas do kolejnego wysiłku – z lepszym przygotowaniem, mądrzejszych o doświadczenie niepowodzenia. Albo pokazuje, że nie tędy droga…, że trzeba inaczej, z niższego pułapu, małymi kroczkami, albo że to nie dla nas i trzeba coś zmienić, czy wręcz się wycofać.
Łatwiej przegrać, przyjąć porażkę jeśli wcześniej poczuło się smak sukcesu, kiedy coś się udało. Dlatego czasami trzeba pomóc dziecku wygrać.

Wyobraźmy sobie 3,5 letniego Tadzia, który gra z babcią w pchełki. Pierwszy raz w życiu. Już sam fakt, że naciskając dużym krążkiem mały, uzyskuje podskok pchełki, jest sukcesem. Małe łapki ślizgają się po plastikowych kółeczkach. A tu, trzeba jeszcze trafić w miseczkę. Babcia przejmuje inicjatywę i w odpowiednim momencie stwierdza, że „teraz, przez chwilę Ci pomogę” i pstryka kilka pchełek do miseczki. Potem próba Tadzia. Ostatecznie, tym razem, Tadzio wygrywa. Udało się. Tadzio połknął bakcyla współzawodnictwa, nauczył się nowej gry, a babcia zyskała do niej partnera. Same korzyści. Że naciągane, że oszustwo…? Nic podobnego. Uczenie przegrywania jest procesem. Z czasem Tadzio dojdzie do wprawy, a babcia wycofa się z pomagania. I wtedy szanse będą wyrównane.

Czy możemy dać dziecku wygrywać? Możemy, a nawet powinniśmy, ale są pewne zasady.

Czego nie można robić?
Co można robić?

Reasumując: zadaniem rodzica jest dać dziecku „korzenie i skrzydła”. Uczestnictwo we wspólnych grach daje po temu okazję. Pomaga w tym rodzicielska umiejętność kontenerowania emocji dziecka, a więc ich przyjmowania i neutralizowania. Ważna umiejętność, którą także doskonalimy w ciągu całego życia. Wspólna zabawa jest więc doskonałym polem treningowym dla obu stron – szczególnie, że emocje potrafią być niebotyczne!